Otwarte
Problemem naszego wieku nie jest bomba atomowa,
lecz serce ludzkie.
Gdy 2 + 2 = 5 2018-01-22

Kiedy chodziłam do drugiej lub trzeciej klasy podstawowej nauczycielka stwierdziła, że nadaję się na konkursy i zaczęła mnie do nich przygotowywać. Tak mnie wyuczyła że przez resztę szkoły podstawowej i całe gimnazjum nie potrzebowałam się uczyć matematyki, schody zaczęły się w szkole średniej bo po tylu latach przerwy nie umiałam się uczyć,  tsa przerwy, przecież oprócz tego krótkiego okresu nigdy się nie uczyłam na ten jeden jedyny przedmiot, no bo kiedy, przecież nie w przedszkolu. Później przyszły studia i genialny profesor, który sprawił, że znów wróciły czasy mojej świetności więc zaliczenie matematyki to była tylko formalność. Ale wróćmy to tej mojej pierwszej nauczycielki. Kobieta nie cieszyła się zbyt dobrą opinią (jak tak sobie teraz pomyślę to lubiłam właśnie te nauczycielki, których reszta uczni nie lubiła, bo po czasie okazywało się że każda z nich jest bardzo fajną, dobrą, mądrą kobietą, która tylko wytwarza wokół siebie mur). 
Byłam kiedyś na konkursie. Wszystko pięknie napisałam, byłam bardzo dobrej myśli, po oddaniu pracy powiedziałam swojej nauczycielce jakich odpowiedzi udzieliłam (nauczyciele mieli dostęp do pytań w trakcie sprawdzania wszystkich prac). Wyniki zaczęto podawać od ostatniego miejsca, o ile się nie mylę to było to 10 pierwszych miejsc.
Nie byłam 10.
9 też nie. 
Pomyślałam sobie, że może 8 będę. Nie byłam. 
Czyli mam szansę na wyższe miejsce! 
O taaak! 6 też nie jestem. 
Kurcze lepiej jest mieć jakiekolwiek miejsce niż żadne, ale 5 nie jest moje. 
A może jednak uda mi się mieć 4... 
I 3 nie jest moje? 
Na 2 miejscu są dwie osoby! Niestety dwóch chłopców. 
Raz przecież byłam lepsza od tego blondyna z drugiego miejsca, więc może i tym razem przypadnie mi w udziale 1 miejsce? 
Nie. Nie zmieściłam się w pierwszej dziesiątce. Było mi przykro, bo wydawało mi się że sobie dobrze poradziłam. Ale widocznie tylko mi się wydawało. Inni byli ode mnie lepsi. Tej porażki nie przyjęła do wiadomości moja matematyczka. Poszła do organizatorów, którzy ponownie sprawdzili wyniki i okazało się, że wcale nie byłam taka najgorsza. Każdy z uczestników oprócz nazwiska miał przypisywany numer i jakiś geniusz pomylił kreskę z jedynką i tak zamiast 9 wyszła 19. Tamtego dnia blondynka nie była lepsza od blondyna, ale nie była też gorsza (sześć lat później znowu się zmierzyliśmy i nikt mi nie powie, że blondynki są głupie bo może i pokonałam go jednym punktem ale pokonałam). Drugie miejsce należało do nas.  Nie mieli wtedy już dla mnie nagrody, bo moją dostał ten chłopiec, który niesłusznie zajął moje miejsce, na grupowym zdjęciu w lokalnych gazetach to on trzymał dyplom a ja byłam tylko tłem. Moi rodzice byli w domu oburzeni, że doszło do takiej pomyłki, później do szkoły przyszła paczka z przeprosinową nagrodą dla mnie. A ja byłam z siebie dumna, bo jednak coś w tej główce było. Ale przede wszystkim byłam dumna i wdzięczna nauczycielce za to, że o mnie zawalczyła i we mnie nie zwątpiła. Ona jedna jedyna wierzyła we mnie gdy nawet ja sama siebie skreśliłam. Znała moją wartość i wiedziała, że dwa plus dwa to cztery i nie pozwoliła na to, bym uwierzyła że czasem z tego dodawania może wyjść pięć. Pokazała mi wtedy, że cokolwiek by się nie działo, to nie wolno wątpić w siebie, nie wolno się poddawać, bo kiedy zna się swoją wartość to można osiągnąć wszystko, można z samego dna znaleźć się na szczycie, tylko trzeba o to zawalczyć, bo czasami w życiu tak jest, że coś się dzieje nie po naszej myśli i wtedy trzeba powiedzieć hola, hola, ja siebie znam i wiem, że zasługuję na więcej. 


Mała tajemnica 2018-01-19

Chyba każdy słyszał o tym, że kobieta spędzi trzy godziny przed lustrem zanim wyjdzie z domu. Tak, należę do tych kobiet. A wszystko zaczęło się w podstawówce, na jednej ze szkolnych dyskotek. Miałam wtedy czerwoną bluzeczkę po siostrze, zapinaną na guziczki, barwiącą wszystko co tylko miałoby z nią kontakt, do tego czarną spódniczkę (tą akurat pamiętam jak przez mgłę), tandetny pierścionek z odpustu i bransoletki. No cóż, byłam dzieciakiem, który szedł na swoją pierwszą imprezę, nie miałam pojęcia co na siebie włożyć, więc doradziła mi mamusia. "Jak człowiek idzie na zabawę to musi się ubrać elegancko"... Było tak elegancko, że jeden o rok starszy chłopiec powiedział mi komplement, który pamiętam do dzisiaj. "To nie bal przebierańców. " Zabolało, zdjęłam wszystkie świecidełka bo tylko tyle mogłam zrobić. Przeżyłam pół swojego życia z tym jednym stwierdzeniem.  Gdy idę na jakąkolwiek imprezę, chociażby na urodziny koleżanki do jej domu, gdzie wszystkich znam, to mam w głowie to jedno przeklęte zdanie i matkę, która za każdym razem powtarza, że mam założyć sukienkę, że mam przestać chodzić w spodniach, że mam się ubrać elegancko. A ja mam przed oczami tą czerwoną bluzkę. Za każdym razem boję się, że ubiorę się nieodpowiednio do sytuacji. Lubię codzienność, bo mogę założyć swoje spodnie i t-shirt i wiem, że jest dobrze, że nie muszę się wstydzić a i tak przed snem muszę zaplanować sobie co konkretnie włożę kolejnego dnia. Ludzie cieszą się, że pójdą na wesele, ślub, imieniny, urodziny, sylwestra, domówkę, ognisko, parapetówkę, chrzciny, roczek, komunię, do klubu, kina, na koncert, gdziekolwiek a ja się martwię bo nie będę wiedziała jak się odpowiednio ubrać. Jedno zdanie, które wypowiedział dzieciak dzieciakowi a siedzi we mnie tak głęboko. I nawet nie mam do niego żalu, bo powiedział to co myślał i to co widzieli wszyscy, to co pewnie ja sama widziałam, bo przecież oczy miałam i widziałam, że mój wygląd odbiega od wyglądu moich koleżanek. Nawet do mamy nie mam żalu, mimo że na nią krzyczę za każdym razem, gdy przychodzi i mówi że powinnam się ubrać elegancko. Czy mam żal do siebie? Tak, bo pozwalałam sobą rządzić. To jedno małe zdanie panuje nade mną i powoduje że tracę wiarę w siebie i swoje możliwości. Jedno małe zdanie sprawia, że zaczynam w siebie wątpić. 
Taką mam małą tajemnicę z dzieciństwa. 


Kocham Cie jak Irlandię... 2018-01-17

Podobno oczy są zwierciadłem duszy a patrząc w nie dostrzeżemy to co jest ukryte w sercu. Nie wiem czy to prawda ale patrząc w pewne brązowe oczy widziałam miłość. Początkowo myślałam że to tylko złudzenie, po pierwsze dlatego, że nigdy w niczyich oczach nie widziałam niczego i dlatego nie wierzyłam w to, że mogą one cokolwiek pokazywać a po drugie dlatego, że nie uważałam się za kogoś, kogo można pokochać. Przez bardzo długi czas ja udawałam że niczego nie widzę a On udawał że niczego nie czuje i tak każdego dnia rozwijała się nasza przyjaźń, później razem przed wszystkimi udawaliśmy że między nami nic oprócz przyjaźni nie ma. I tak oszukiwaliśmy tylko i wyłącznie samych siebie bo wszyscy inni doskonale widzieli jak bardzo jesteśmy sobie bliscy. Gdyby mnie wtedy tak mocno nie pokochał to wszystko byłoby inne, moglibyśmy być teraz szczęśliwi. Żadne z nas nie miałoby złamanego serca. Nikt tak jak On mnie nie rozumiał, nikt oprócz Niego nie widział tej mojej najbardziej intymnej strony, z nikim nie potrafiłam się tak kłócić i nikt mnie tak bardzo nie wspierał, nie doceniał, nie dowartościowywał jak On. Pragnęłam Jego dotyku, ale ten dotyk był tak bardzo czysty, taki nieseksualny, taki, który dawał mi poczucie bliskości. Tak bardzo nie chciał się ze mną rozstawać, nie chciał mnie tracić nawet na minutę. Doskonale widział moje wady a i tak byłam dla Niego idealna. Cholera, gdybyś mnie tak nie kochał, moglibyśmy być dzisiaj szczęśliwi. Miałeś do mnie tyle cierpliwości, zrozumienia i tak łatwo mi wybaczałeś (wiem, że lubiłeś jak Cie przepraszam, dlatego mimo że wybaczałeś to i tak musiałam przepraszać dopóki nie straciłam cierpliwości). Byłeś ze mną, wtedy gdy najbardziej kogoś potrzebowałam, gdy tak bardzo się bałam. Byłeś przy mnie zawsze, o każdej porze, w każdej sytuacji. Byłeś i mnie wspierałeś, uczyłeś, doceniałeś, kochałeś. Więc dlaczego to wszystko się tak potoczyło? Dlaczego najpierw zniszczyłam marzenie o tym, że kiedykolwiek będziemy razem i dlaczego później całkowicie zerwałam kontakt? Właśnie dlatego, że byłeś dla mnie taki ważny i tyle znaczyłeś w moim życiu. Gdy wchodzi się w dorosłe życie to próbuje się jakoś określić swoje plany na przyszłość, ustalić priorytety. I dla mnie priorytetem jest rodzina. Chciałabym wyjść za mąż, urodzić dzieci, otworzyć własną firmę, mieć dom... Byłeś najlepszym przyjacielem, byłbyś być może także dobrym kochankiem i może kiedyś będziesz także dobrym ojcem... Ale tak bardzo nie pasowałeś do mojej wizji przyszłości. Ja chce teraz i już założyć rodzinę a Ty jesteś jeszcze dzieckiem, które nie sprawdzi się w roli Pana Domu. A dlaczego usunęłam Twój numer i siebie z Twojego życia? Bo wszystko byś zniszczył. Nie potrafiłabym mieć Cie przy sobie za przyjaciela, tylko będąc psułbyś każdy mój związek bo byłbyś o niebo lepszy od każdego. Zawsze miałbyś przewagę nad innymi, bo kto mnie pozna tak jak Ty? 


To już kolejny miesiąc, gdy Cie nie ma. A ja nadal widzę te Twoje oczy, pamiętam każdą naszą wspólną chwilę. Tęsknię, tak cholernie tęsknię. I widzisz? Nawet gdy Cie nie ma wszystko psujesz. Mogłabym być teraz szczęśliwa gdyby nie to że mnie wtedy bardzo pokochałeś. Wiesz jak się żyje z kimś kto nie jest Tobą? Ma te cechy, których mi w Tobie brakowało, ale nie potrafię być szczęśliwa bo nie jest Tobą. Wróć i zabierz te wspomnienia w cholerę. Pozwól mi być w końcu szczęśliwą bez Ciebie! 


Odejdę zanim umrzesz. 2017-11-07

Zaledwie parę miesięcy temu zmarł chłopak, którego znałam. Chłopak dobry, sympatyczny, zabawny, uśmiechnięty, tak, to jego cecha rozpoznawcza – zawsze uśmiechnięty. I nagle umiera, tak z dnia na dzień, bez pożegnania, z mnóstwem planów, z rodzicami i rodzeństwem czekającym w domu. Jego już nie ma a ja nie mogę wyjść z podziwu. Jego rodzina sobie tak świetnie daje radę, Jego siostra po raz drugi tak okrutnie skrzywdzona przez los nadal funkcjonuje i uśmiecha się.
Podziwiam ludzi za to, że potrafią stanąć na nogi po ogromnej tragedii. Podziwiam swoją mamę, podziwiam swoje koleżanki i każdego, kto potrafi dalej żyć. Jednocześnie boję się, że ja sama nie umiałabym tak. Nie boję się swojej śmierci bo jak umrę to umrę albo coś będzie dalej albo to będzie koniec. Byłoby mi źle gdyby umarł ktokolwiek z mojej rodziny i znajomych. Gdyby zmarł mój tato to byłoby mi jeszcze gorzej, ale jakoś bym to przeżyła. Wierzę, że po jakimś czasie mogłabym w miarę normalnie funkcjonować, oczywiście każda strata byłaby dla mnie bolesna, w mniejszym lub większym stopniu ale myślę że potrafiłabym wrócić do życia. Natomiast gdyby umarła moja mama to pękło by mi serce. To jest jedyny człowiek bez którego nie umiałabym żyć. Myślę że popadłabym w depresję, nie wychodziłabym z łóżka i przestałabym płakać tylko dlatego, że w końcu kończą się łzy. I nie wiem czy nastałby taki dzień w którym pogodziłabym się z jej śmiercią.


Dlatego postanowiłam ją zostawić zanim ona zostawi mnie. Wolę się z nią rozstać, wyprowadzić się z domu i osłabić więź. Tak, zostawię ją samą i będę patrzeć jak tęskni i jak płacze gdy zabieram ostatnie swoje rzeczy. Wiem że to egoistyczne ale to chyba jedyny sposób, żeby jakoś przeżyć jej śmierć. Ja ją muszę stracić póki ona żyje bo inaczej nie poradzę sobie gdy stracę ją na zawsze. Już dziś wiem, że nie poradzę sobie z jej śmiercią, Mam nadzieję że gdy opuszczę rodzinny dom i ją to będzie mi jakoś łatwiej. Zanim stracę ją całkowicie chce ją stracić częściowo, osłabiając chociaż odrobinę naszą więź.  


Noc spełniania marzeń. 2017-08-13

Podobno trzeba się bardzo dobrze zastanowić, zanim się poprosi o coś Boga, bo może się tak zdarzyć, że akurat spełni nasze życzenie... 


Wczoraj była noc spadających gwiazd. Noc spełniania marzeń. Więc przez krótką chwilę wpatrywałam się w niebo, z obawą że będę musiała podać swoje życzenie. Życzenie, którego nie mam. Przez ostatni czas zadowalałam się prośbą o to, by być szczęśliwą. Ale to jest zbyt ogólne, to nawet nie jest marzenie. Zresztą dopóki nie analizuję swojego życia i nie popadam w jakieś depresyjne stany to jestem szczęśliwa. Tak, jestem szczęśliwa, dopóki nie jestem samotna. 


Spadające gwiazdy, urodzinowy tort, fontanna z milionem groszy, modlitwy... Tyle okazji do spełniania marzeń. I każda okazja jest niczym, niczym jeśli nie wie się o co prosić. Ludzie proszą o wiele rzeczy i czasami to dostają ale okazuje się że pragną czegoś innego. 


Ślub 2017-07-24

Pewnie każda z nas chociaż raz w życiu zastanawiała się jak powinien wyglądać jej wymarzony, wyśniony ślub i wesele. Ja wiem i nie mam zbyt wielkich wymagań. Nie chcę na żadnej plaży, ani w górach, nie chce w wielkim mieście, chce w swoim kościele. Nie chcę biskupa ani papieża, chcę księdza Rafała, zwykłego wikariusza z wielkim sercem i uśmiechem. Nie chce wielkiej skrzypaczki i śpiewaczki operowej, chcę naszego organistę i tę panią, która z nim czasami śpiewa. Chcę białą, aż do ziemi, księżniczkowatą suknię. Chcę żeby było biało, skromnie, delikatnie. Chcę wesela na naszej, zwykłej, wiejskiej sali. Nie chce Maryli Rodowicz, tylko naszego Marcina z zespołem. 
Nie chcę przy swoim boku drugiego Brada Pitta tylko człowieka z którym będę potrafiła dzielić szarą codzienność. Chcę człowieka, który będzie patrzył tak samo jak ja na świat. Człowieka odpowiedzialnego, dobrego, pracowitego, rodzinnego, zwyczajnego... Im bardziej się nad tym zastanawiam tym bardziej dochodzę do wniosku że spotkałam już w swoim życiu takiego człowieka, ale tylko jednego, nikt inny nie potrafi się wpasować w rolę męża. Ale niekiedy ludziom jest nie po drodze, prawda? Nawet nie potrzebowałabym widzieć miłości w jego oczach, bo miłość kiedyś się kończy, chciałabym świadomej i zdecydowanej decyzji, że chce być ze mną.
 Chyba jestem niecierpliwą idiotką...
Nie. Nie, bo nie wystarczy powiedzieć że jestem ważna, to trzeba jeszcze udowodnić. 







Stać nas na więcej. 2017-01-16

Myślę że dużym szczęściem jest spotkać ludzi, którzy sprawiają że chce się być lepszym. Są dwa typy ludzi których się podziwia, a może są po prostu dwie grupy ludzi podziwiających... Więc można być kimś zauroczonym i nie chodzi mi tutaj absolutnie o miłość lecz o takie spojrzenie na człowieka i uczucie "łał, ale on jest genialny". Jedni myślą sobie - Boże, jestem beznadziejny, gdzie mi tam do niego, on jest taki cudowny a ja? I zaczynamy się porównywać, oczywiście tego kogoś idealizując a u siebie widząc tylko wady. Załamujemy się i nakręcamy spirale smutku. Ale jest też inna wersja takiej fascynacji. Zdajemy sobie sprawę że ktoś jest naprawdę wyjątkowy i może nie zauważamy jego wad ale staramy się być lepsi, może w pewnym stopniu chcemy być "godni" uwagi tego człowieka. Myślę że takie coś jest jak najbardziej potrzebne. Człowiek zaczyna się rozwijać, pragnie więcej i być może osiąga więcej. Nazwałabym to takim bardzo dobrym stymulatorem do rozwoju. Właśnie tacy ludzie, którzy sprawiają że chce się od życia brać jak najwięcej są cenni. Nie mówię że będą oni na zawsze z nami, nie mówię że wniosą coś do naszego życia, nie twierdzę też że będą zawsze takimi ideałami, ale może właśnie taki człowiek, jedna chwila spędzona z nim sprawi że zapragniemy lecieć do gwiazd i faktycznie to zrobimy. Takich sobie życzę. Łatwo jest przebywać z ludźmi na swoim poziomie, ale o wiele ciekawiej jest biec do przodu. Może piszę tak dlatego, ze ciągle mi mało i mało, nie zadowalam się byle czym. Może inaczej to powiem, nie chcę, żeby moje życie było byle jakie, szare, bure, bez wspomnień, bez śmiechu, nie chcę codzienności, chcę żeby było, może nie pięknie bo tak nie będzie zawsze ale chcę żeby było pełne, pełne emocji, fascynacji. Nie chcę się zatracić w codzienności, rodzina, dom, praca, dom, rodzina, praca... Chcę żyć, wegetacja mnie nie cieszy. Może dla innych to spełnienie marzeń ale ja mam inne marzenia. Marzenia i wysoko postawioną poprzeczkę. Nie ma rzeczy niemożliwych, wierzę że można wszystko, wystarczy tylko chcieć i znaleźć sposób. Wierzę w siebie tak samo jak wierzę w naszych szczypiornistów, wierzę do ostatniej sekundy. Polska!!! 


Kiedy odejdziesz 2016-12-27

"Niech kwiaty zobaczą, 
Że ludzie choć tańczą razem...
Sami płaczą." 


Hallołin 2016-11-22

Już dawno po Halloween a mimo to chciałabym poruszyć ten temat. Jest całe mnóstwo przeciwników tego... hmm święta? Wielu twierdzi że nie ma to nic wspólnego z polską tradycją i mają rację. Uważają też że należy iść na cmentarz i oświecić świeczkę i tu się z nimi zgodzę, bo trzeba pamiętać o bliskich, o tych którzy są i o tych, którzy odeszli z tego świata. A jednak mając 19 lat dałam się namówić na uczestniczenie w Halloween. Niby dorosła, niby rozsądna, niby mądra a dała się wkręcić w takie coś. I powiem Wam szczerze że nie żałuję. Świetnie się bawiłam gdy ze znajomymi malowaliśmy sobie twarze, staraliśmy zrobić to profesjonalnie, ze szczegółami. A gdybyście widzieli dumę w naszych oczach, że potrafimy z niczego, bo stare, zaschnięte farby nie są najlepszym narzędziem do malowania, stworzyć coś pięknego, no może nie pięknego ale efektownego, zbliżonego do oryginału, czasem tak zmodyfikowanego że nawet lepszego niż oryginał. Ubieramy się i wychodzimy na miasto. Idziemy ulicą, spotykamy małe dzieci, śmiejemy się sami z siebie, że tacy starzy a nic nie różniący się od dzieci. Mijamy całe mnóstwo domów a jednak nie mamy odwagi zapukać. Wchodzimy do domu, w którym znamy mieszkańców, czekamy, czekamy, nikt nam nie otwiera więc idziemy dalej. U sąsiada leżą na schodach ładnie oświecone dynie więc zaglądamy do niego. Mama widzi nas przez szybkę i woła swojego synka, ten nam otwiera, daje jakiegoś cukierka, dziękujemy i odchodzimy. Idziemy dalej, nadal nie zaglądamy do domów. Spotykamy jakąś inną grupę, na moje oko podstawówka. Któryś z chłopców ma maskę, reszta nic, tak jakby wyszli w każdy inny dzień z domu, próbują pokazać nam jacy to oni są straszni, groźni, ale jakoś ich zły wzrok i pomruki nie robią na nas wrażenia, omijamy ich i idziemy dalej. Poszliśmy do kilku znajomych, którzy mieszkali w pobliżu, porobiliśmy sobie z nimi zdjęcia, dostaliśmy jakiegoś cukierka, przechodząc spotkaliśmy jakieś panie które na nasz widok były zachwycone i te ich zadowolenie było o niebo lepsze niż jakieś cukierki. Nam właśnie o takie docenienie naszego wysiłku chodziło. Gdy my ruszając się na powietrzu spędzaliśmy w towarzystwie miło czas nasi znajomi siedzieli w domu przed komputerem i telewizorem. Czy w dzisiejszych czasach nie narzekamy właśnie na to? Na to, że każdy siedzi sam w swoim domu przed swoim komputerem. Czy nie mówimy że kiedyś dzieci bawiły się razem na powietrzu a teraz każdy jak taki samolubek żyje w swoim świecie? A gdy w końcu dzieci robią coś wspólnie to znowu nam się to nie podoba. Rozumiem, że to nie nasza tradycja ale jeśli powoduje że ludzie łączą się w grupy to chyba można przymknąć na to oko? Jestem całkowicie na nie i byłam oburzona gdy po ulicach walały się torebki po mące i papier toaletowy, jestem na nie jeśli chodzi o te wszystkie psikusy bo jest to zwyczajnie niemiłe i niekulturalne. Ale to już nie jest wina Halloween a wychowania. Kolejnego dnia poszłam na cmentarz, Halloween w niczym mi nie przeszkodził, bo jedynie zamieniłam czas spędzony wirtualnie na czas spędzony w realnym świecie.
Ps. „zdobytymi” cukierkami podzieliliśmy się w szkole z osobami, które nam je dały a oni znowu ofiarowali nam swój uśmiech i osobiście nic więcej nie potrzebowałam. Drugi raz nie zamierzam iść. Ale jak tak sobie pomyślę o tym naszym wieczorze, pełnym zdjęć i radości a o wieczorze moich rówieśników, którym po mocno zakrapianej imprezie pozostaje jedynie kac to nie zamieniłabym go na inny.  


Łzy. 2016-11-13

Faceci nie płaczą. Kłamstwo które krąży po świecie od lat.
Mój tato nie wzrusza się, jest twardy, panuje nad swoją wrażliwszą stroną a jednak widziałam go jak płakał, to był jeden z gorszych widoków, jakie widziałam i nie oznaczał jego słabości, nie był to powód do wstydu, bo on w ten sposób pokazywał że stracił kogoś ważnego, jego łzy wyrażały ogromny ból... Moja mama zaś wzrusza się z byle powodu, wystarczy jej że ogląda film. Ja też taka jestem. Płaczę z głupstw, tak łatwo lecą łzy, których nie jestem w stanie zatrzymać. Wiele razy byłam z tego powodu zła na siebie, że taka beksa ze mnie. Ktoś powie mi coś przykrego, ktoś na mnie krzyknie, pomyślę sobie coś głupiego, uznam że nie jestem kimś ważnym, dojdę do wniosku że życie jest ciężkie i że nic nie osiągnęłam, że nie jest tak jak bym chciała, na każdym pogrzebie robi mi się tak strasznie smutno i nagle nie potrafię nad sobą zapanować, nad swoimi łzami. Niekiedy płaczę prosto z serca, tak mocno i prawdziwie że pękam na milionowe kawałeczki. A innym znów razem po prostu lecą łzy, nie czuję smutku, no może jakiś tam czuje ale nie jest to nic poważnego a jednak lecą ogromne, mokre krople. Nie lubię jak w takich momentach ludzie się użalają nade mną, pocieszają, mówią że będzie dobrze. Ja tego nie potrzebuję bo mimo że tak łatwo się wzruszam to jestem gdzieś tam w głębi silna. Popłaczę sobie, popłaczę i będę żyć dalej, nie załamię się tak łatwo. Można mnie skrzywdzić, można złamać mi serce a ja wtedy uronię łzę, całe mnóstwo łez ale się nie poddam. Wbrew pozorom jestem silną osobą. Krucha i wrażliwa z zewnątrz, w środku zaś twarda, wrażliwa ale twarda. Teraz już nie wstydzę się aż tak swoich łez, wiem że taka jestem i nic już na to nie poradzę. Starałam się myśleć podczas „ataku” o czymś zabawnym, miłym, starałam się myśleć o mandarynkach i pomarańczach bo gdzieś, kiedyś przeczytałam że to pomaga, może trochę to coś dawało ale po chwili smutne myśli powracały i wszystko zostawało w standardzie. Dziś pozwalam sobie na płacz, niekiedy nadal się tego wstydzę ale staram się to zaakceptować, zaakceptować siebie.  


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]